31 sierpnia 2007

calm

30 sierpnia 2007

...is coming

hmm..stagnacja? tak to najodpowiedniejsze słowo, które jest w stanie określić to, w jaki sposób wykorzystywałem w ostatnich dniach okres wakacji na odpoczynek i zabawę. nic tylko projekt i projekt, w którego, powoli zaczynam tak myśleć, się samowolnie wbabraliśmy. godziny spędzone na uczelni, tysiące zdjęć, z których powstają setki panoram. następnie należy je dokładnie opisać nazwą pliku, ścieżki, punktu grafu, następnikami i wszystko to wklepać do kompa starając się popełnić jak najmniej błędów. te jednak się pojawiają przy pierwszej próbie testowania, co później zabiera czas na ich wykrywanie i poprawianie. pociecha w tym, że obzdjęciowaliśmy wszystkie budynki oprócz wydziału mechanicznego oraz audytorium novum, a także zakodowane zostały wszystkie komponenty programu. wystarczy je poskładać w całość, która utworzy gotową aplikację.

labradford – v

w ciągu tych dni zmieniła się znacząco pogoda. panują wprost idealne dla mnie warunki: temperatura nie przekracza dwudziestki, a na niebie kłębi się dużo chmur. pozostaje tylko czekać na deszcz oraz upragnione przeze mnie mgły. wraz z nimi przyjdzie jesień, której zapachu w powietrzu doszukuję się od kilku dni, odczuwając go przy tym z co raz większym nasileniem. to właśnie z nią zmieni się nieco mój sposób życia. zaczną się spacery, przepiękne wschody słońca w drodze na uczelnię, obiektem fotografii staną się umierające liście na drzewach, z czasem same suche gałęzie, a z głośników będzie płynęła zupełnie inna muzyka. rozmyta, melancholijna i basinski. to właśnie jego twórczość, słuchana tak często w drodze na uczelnię, będzie towarzyszyć mnie i budzącemu się słońcu...

pan•american – code
tim hecker – azure azure

dzisiejszego wieczoru odbyło się po dłuższym czasie spotkanie. miało być licealne, jednak bardziej można mówić o grupowo-uczelnianym. mianowicie piwem się raczyli: danzel, ślivka, skinner, jego kolega krzysztof, mięcho, olis i ja. czas spędziliśmy w lokalu polecanym przez mojego brata o interesującej nazwie ‘stara babcia’. jestem zmuszony stwierdzić, że jest tam bardzo sympatycznie, przede wszystkim ze względu na jego wystrój. ściany są poobwieszane plakatami z najróżniejszych miejsc świata, głównie o tematyce alkoholowej. nad głowami wiszą gustowne żyrandole, a siedzi się w niezwykle wygodnych, głębokich kanapach, idealnych do poimprezowego czilałtu. dodatkowym plusem tanie, studenckie piwo za całe 3,50. z pewnością będzie ‘stara babcia’ będzie miejscem naszych kolejnych widzeń.. tymczasem poniżej kilka zdjęć z dzisiejszego.





25 sierpnia 2007

bus-stop

jak to zwykle bywa w takie wieczory, kiedy bulinowi nie chce się spełniać obowiązków jakie ma do realizacji, stara się wymyśleć drogę okrężną pozwalającą spędzić je w milszy sposób, niż jak w tym przypadku, na ślęczeniu nad projektem. było wiele pomysłów, mniej bądź bardziej desperackich wygrał jednak ten średniej wagi, traktujący o nocnym wyjeździe do torunia. niby kiedyś, a nawet w styczniu tego roku z okazji występu murcofa, byłem w tym mieście w blasku latarni, jednakże nie było wystarczająco czasu aby poznać całkowicie jego urodę. przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że szczęśliwie w klubie nrd swój set gra karol borowski. również szczęśliwie, odezwał się w końcu skinner, który przystał na nasz spontan-pomysł. po drodze wstąpiliśmy do tesko, odebraliśmy skinnera i pomknęliśmy matrixem do torunia.

roy montgomery – ill at home

na miejscu udaliśmy się od razu do klubu nrd, w celu obczajenia o której swój set zaczyna karol. dowiedzieliśmy się że o 23., jednak później u samego źródła, iż raczej o północy. mieliśmy zatem do dyspozycji prawie dwie godziny wolnego czasu, więc udaliśmy się do centrum, by pod parasolkami wypić piwo. po drodze wpadł nam pomysł do głowy by zadzwonić po bootcha. ku naszej uciesze już po pięciu minutach, staliśmy z nim pod pomnikiem kopernika. już razem z nim skręciliśmy w boczną uliczkę, gdyż wszystkie stoliki na głównej promenadzie były zajęte, i usiedliśmy w restauracji, której kelner zakrawał o branżę :) bootch na chwilę nas opuścił, by wrócić po kilkunastu minutach z dwoma kolegami. następne półtorej godziny to rozmowy w stylu co tam u ciebie. mimo wakacji i tak (jak zwykle) dominowała tematyka studiów. mimo to było oczywiście zabawnie. przed północą opuściliśmy chłopaków kierując się z powrotem w stronę nrd. tam już za dekami stał karol puszczając wykręcone połamane bity. niestety długo nie zagrzaliśmy miejsca z powodu głodu. wróciliśmy do centrum na kebaba, którego kupno nie było zbyt oczywistą i prostą czynnością...





najedzeni ruszyliśmy w końcu na miasto. powiem jedno, jestem totalnie zauroczony nocnym toruniem. cudnie oświetlone miasto, nawet w najwęższych, bocznych uliczkach. mnóstwo zabytków. szczególnie wielkie wrażenie zrobiły na mnie imponujące mury, oraz ruiny zamku które otaczają centrum. ponadto o godzinie drugiej w nocy na ulicach, w klubach, pod parasolkami, pomimo wakacyjnej pory, dużo ludzi. w bydgoszczy o tej porze na długiej przejdzie co najwyżej bezdomny, pijany klubowicz tudzież śródmiejski kot..





roy montgomery – kafka was correct
labradford – accelerating on a smoother road

pewny jest fakt, że w ramach zabijania nudów, będę częściej proponował nocne wypady do tego miasta.

więcej zdjęć i relacja w kompot śliwkowy.

24 sierpnia 2007

ofiszialnie

miał to być kolejny, nudny dzień, tym bardziej, że jego przebieg na to znacząco wskazywał. płomyczek nadziei na zmianę tego stanu zapaliła propozycja wspólnej kolacji, za którą gorąco dziękuję. wielki buziak :*** najedzeni, po wspólnej decyzji, mimo późnej pory, udaliśmy się na pieszo do miasta. tam okazało się być tłumno i głośno, a to z powodu koncertu dżemu na starym rynku. dotarliśmy jednak dopiero na bisy, więc nie dane było nam posłuchać muzyki tej legendarnej grupy, za wyjątkiem utworu ‘czerwony jak cegła!’, który skutecznie dokuczał mi w głowie przez resztę wieczoru. mieliśmy nadzieję, że z okazji imprezy spotkamy kogoś znajomego. skończyło się niestety na nadziei, zatem udaliśmy się na nocny spacer po śródmieściu. muszę powiedzieć, że miasto wygląda całkiem całkiem znośnie. przydałoby się bardziej oświetlić wyspę młyńską, a szczególnie otoczenie kanału i przewieszone nad nim mostki. po spacerze z racji braku dalszych propozycji i sękaczy :) udaliśmy się do domu. przemiły wieczór.



magnog – mist waves riding the hills
bowery electric – over and over

23 sierpnia 2007

pantoflaższ

kolejny dzień w całości poświęcony na projekt. tym razem czyste programowanie. osobiście stwierdzam, że nie nadaję się do pracy w tym fachu. pisanie kodu idzie mi strasznie mozolnie, a najgorsze to są zwykłe, proste błędy które popełniam. przykładowo dwie godziny szukałem takowego, ponieważ program się w pewnym miejscu wysypywał. okazało się, że oczywiście zadeklarowałem łańcuch na 10 znaków, chcąc do niego wpakować 200.. szczęście w nieszczęściu, że wykrycie jego nie trwało dwa dni. dzięki temu, można przystąpić do pisania ostatniego komponentu, wyznaczania szukanej drogi. połowa roboty została zrobiona na projekcie zeszłosemestralnym, kiedy to pisałem algorytm dijkstry.

white rainbow - waves

cały dzień spędzony przed kompem pozwala na ciągłe słuchanie muzyki. ostatnio wciągnąłem się bardzo, a zarazem w końcu!, w twórczość tima heckera. zazwyczaj tak mam, że największe perełki doceniam po dłuższym okresie czasu jedynie ich trzymania na dysku. zaopatrzony w całą dyskografię przełączam się między trzema albumami, włączając najczęściej niesamowity radio amor. zdecydowanie jedno z najlepszych ambientowych wydawnictw w historii globu. odkrywcze, różnorodne, mające głębię w której cały czas doszukuję się nowych dla siebie rzeczy. oczywiście nie jest to dla zwykłej człekokształtnej istoty muzyka łatwa w odbiorze, tak więc powyższe odczucia są wyłącznie subiektywne.

tim hecker – azure azure
loscil - ema

z wytwórni kranky, podobnie jak wspomnianego heckera, męczę systematycznie pana scotta morgana, nagrywającego pod pseudonimem loscil. jego muzyka to cud miód i ukojenie dla duszy. nic tak mnie nie uspokaja jak jego delikatne, pulsujące ambientowe dźwięki. zdecydowanie najlepszy album, to wydane w zeszłym roku plume, będące zarazem jednym z najlepszych wydawnictw roku 2006.



ostatnia pozycja, a zarazem najnowsza w sensie poznania przeze mnie oraz wydania, którą krótko mówiąc molestuję, to gyllyng street jednoosobowej formacji songs of green pheasant. płyta jakże różna, od bardziej piosenkowych, dwóch poprzednich. różniąca się na tyle, iż osobiście uważam, że nie ma sensu porównywać czy jest od nich lepsza, czy gorsza. powiem jedno, jej po prostu trzeba posłuchać. pan duncan zrobił kolejny krok do przodu rozwijając instrumentarium oraz wzbogacając swoją muzykę w elementy elektroniczne do tego stopnia, że momentami słyszymy bardzo porządny ambiencik.

21 sierpnia 2007

nojzzz

zgodnie z przykrą życiową prawdą mówiącą o tym, że przyjemności nie mogą trwać wiecznie, zabraliśmy się za kolejny etap tworzenia projektu. mimo to, jak zwykle spanie trwało prawie do południa, więc na uczelni byliśmy po dwunastej. dzisiaj, podobnie jak i w trakcie kolejnych kilku wizyt na uczelni, robiliśmy zdjęcia. wyszło ich na prawdę dużo. w przeciwieństwie do ostatniego razu było mniej kłopotów z kadrowaniem, ponieważ teren był dogodniejszy. póki co mamy obzdjęciowany cały parter i dwa budynki pierwszego piętra. kończenie wyższych kondygnacji będzie schematyczne, gdyż wszystkie mają identyczny układ. ponad pięć godzin pracy zleciało mi niezauważenie, co wydaje się być pocieszające biorąc pod uwagę fakt jej monotonii. popołudnie oraz wieczór również spędzone nad projektem tyle, że już przy kompie. od programowej strony została do zrobienia niecała połowa, wykonanie głównego okna i poskładanie komponentów w całość. cud miód jakby udało się zakończyć pracę do końca sierpnia.



tim hecker - spectral
songs of green pheasant – fires p.g.r.

19 sierpnia 2007

rain, rain...

już kiedyś wspominałem o regio karnecie, bilecie kolejowym który pozwala jeździć w trzy wybrane dni w ciągu wakacji pociągami pośpiesznymi i osobowymi w dowolnej klasie. powrót z mysłowic do bydgoszczy wymaga wyczerpania jednego dnia, więc czemuż by nie wykorzystać biletu jak tylko można najbardziej?? czemuż by nie pojechać w góry skoro są tylko godzinę jazdy ode mnie?? tak też zrobiliśmy, pojechaliśmy w góry do zwardonia, małej zacisznej miejscowości na granicy polsko-słowackiej, trzy godziny jazdy pociągiem od katowic. położona jest ona w niewielkiej dolince, w której panuje niemal idealna cisza wynikająca z nikłego ruchu samochodowego. to z niej wyrusza się w najpiękniejsze dla mnie pasmo górskie – worek raczański w beskidzie żywieckim. my natomiast, przeszliśmy się do leżącego kilkadziesiąt metrów nad centrum schroniska pttk. nie zagrzaliśmy tam jednak długo, gdyż znad gór dochodziły odgłosy burzy, a do pociągu powrotnego nie mieliśmy zbyt wiele czasu. wracając do bielska mogliśmy obserwować nisko zawieszone chmury nad górami.



pan•american – red line
roy montgomery – on the road i

18 sierpnia 2007

off festival - 2 dzień.

..w związku z bardzo późnym powrotem do namiotu pozwoliliśmy sobie pospać nieco dłużej. kilka minut po dwunastej ruszyliśmy pod scenę główną, gdzie miał wystąpić młody, obiecujący polski zespół hatifnats. składa się on z trzech członków, którzy wykonują przestrzenną gitarową muzykę. ciekawym jej elementem jest chłopięcy wokal, pomimo dorosłego wieku wokalisty.



po półgodzinnym koncercie tegoż zespołu, z braku zainteresowania kolejnymi udaliśmy się na spacer po mysłowicach w poszukiwaniu kawiarni artystycznej, która rzekomo miała być na rynku. po dojściu na miejsce, od organizatorki dowiedzieliśmy się, że inicjatywa jej utworzenia niestety upadła. w zamian za to pani ta, wskazała nam drogę do restauracji przy ratuszu, gdzie również podają dobrą kawę. z głośników oczywiście nie mogło lecieć nic innego jak myslovitz ;) dzięki spacerowi nieco zmieniliśmy zdanie o mysłowicach, gdyż okolice rynku okazały się być przyjemne dla oka. z rzeczy charakterystycznych dla tego miasta pozostają jeszcze niezwykle szerokie tory tramwajowe oraz to, że wszystko jest tam pod skosem :) z miasta udaliśmy się na pole namiotowe, gdzie się wykąpałem.





do miasteczka festiwalowego przybyliśmy dopiero koło godziny siedemnastej w trakcie koncertu grupy cool kids of death. następnie grali: kapela ze wsi warszawa oraz pogodno. ci ostatni wręcz działali na nerwy swoimi tekstami. o dwudziestej udaliśmy się pod scenę leśną, gdzie miał wystąpić austriacki zespół radian. nie znana mi formacja okazała się być najbardziej eksperymentalną na festiwalu. instrumentarium tworzyły: perkusja, bas oraz elektronika. słychać było mocno wpływy ich rodaka fennesza. muzyka bardzo chaotyczna, struktura utworów abstrakcyjna, dużo noise’u. taka stylistyka bardzo szybko wypędziła spod sceny panie i panów w glanach oraz czarnych koszulkach z napisami w stylu dezerter, kult... dla mnie jeden z ciekawszych występów na całym festiwalu, tym bardziej, że pierwszy raz w życiu miałem okazję zobaczyć wykonanie takiej muzyki w sposób instrumentalny.



po austriakach przyszła kolej na polską gwiazdę wieczoru, mianowicie kasię nosowską. koncert ten zgromadził chyba najwięcej ludzi spośród wszystkich jakie miały miejsce. oczywiście nie była to nasza stylistyka, więc szybko zwinęliśmy się z powrotem pod scenę leśną w celu zajęcia dobrego miejsca na występ brytyjskiej grupy iliketrains. przed festiwalem zdążyłem przesłuchać zaledwie jeden ich album. moją uwagę od razu zwrócił bardzo niski głos wokalisty oraz staranne brzmienie gitar. wszystko to wypadło wyśmienicie w trakcie koncertu sprawiając, że w moim odczuciu był on najlepszym na festiwalu. brzmienie po prostu wciskało mnie w ziemię. początek koncertu nieco indie rockowy. później był już tylko post-rock okraszany mocnym, niskim wokalem. za plecami zespołu przez cały czas widniała wizualizacja głównie o tematyce przemijania i śmierci. mogę spokojnie się pokusić o stwierdzenie, że to był najlepszy występ na jakim byłem w życiu, tym bardziej, że zrobił na mnie tak wielkie wrażenie zespół, którego wcześniej nie znałem.

koncertem zamykającym off festival był występ, również brytyjskiej grupy electrelane. w jej skład wchodzą cztery dziewczyny, które jak się okazało, potrafiły zagrać bardzo sprawnie i z impetem. nas jednak to nie przekonało, gdyż chłód oraz zmęczenie dały za wygraną i zmusiły nas do wcześniejszego opuszczenia koncertu.



podsumowując, off festival to impreza na którą na prawdę warto się wybrać. dwa dni bardzo dobrej muzyki za śmiesznie tanią cenę 35 zł. najlepsze koncerty to zdecydowanie występ iliketrains, piano magic oraz pumajaw. nieco rozczarowali swoim ‘’lenistwem’’ panowie z port-royal. potwierdziło się także, że polska muzyka stoi daleko z tyłu w porównaniu do najwyższej klasy światowej. miejmy nadzieję, że młode zespoły jak george dorn screams, czy hatifnats zmienią tę sytuację. tymczasem bardzo polecam tę imprezę i już czekam na line-up przyszłorocznej edycji.

17 sierpnia 2007

off festival - dzień 1.

..do mysłowic dotarliśmy dokładnie o godzinie dziesiątej, co pozwoliło nam na spokojne rozpakowanie się, rozstawienie namiotu i umycie przed pierwszymi koncertami. pierwsze wrażenie, co do miasta, identyczne jak w stosunku do wszystkich miejscowości górnego śląska: znikoma ilość zabytków, głównie brzydkie, ceglane kamienice. od dworca do biwaku szliśmy blisko pół godziny, przy czym na ulotce było wspomniane, że dystans ten wynosi 300 metrów. jak się później okazało, kilkakrotnie nadłożyliśmy drogi. rozstawienie namiotu wyszło sprawnie. po umyciu zdążyliśmy jeszcze się najeść.

główne koncerty festiwalowe odbywały się na przemian, na dwóch scenach: głównej i leśnej. była również, w budynku muzeum straży pożarnej scena machiny, na której odbywały się głównie występy didżeji oraz koncerty muzyki elektronicznej. na teren miasteczka festiwalowego oczywiście nie można było wnieść alkoholu, a także butli nie zamkniętych fabrycznie. z tego powodu przed bramą wejściową, leżały stosy butelek po napojach, które ludzie musieli opróżnić przed wejściem, co było widokiem dość zabawnym.

festiwal otworzył na scenie leśnej o godzinie trzynastej, znajomy nam zespół george dorn screams. przed koncertem pogadaliśmy trochę z madzią, po czym usiedliśmy na mokrej jeszcze trawie. występ trwał pół godziny, podobnie jak wszystkie następne do godziny piętnastej. dane było nam usłyszeć kilka utworów z produkowanej nowej płyty. jak zwykle dżordże trzymali wysoki poziom. po nich, zostaliśmy jeszcze na dwóch koncertach, zespołów l.stadt oraz old time radio. z pierwszego nic nie pamiętam, natomiast drugi zaprezentował przyjemne elektroniczne piosenki, trochę w stylu monster movie. nieco zmęczeni postanowiliśmy pójść po piwo do biedronki, po czym skonsumować je na biwaku. skończyło się tym, że zasnęliśmy na dwie godziny.



wieczorem dotarliśmy na festiwal w momencie, gdy swój występ o godzinie dziewiętnastej zaczęła ścianka. pierwszy raz w życiu miałem okazję być na ich występie. jak przy całej polskiej muzyce, nie poczułem większych dreszczy emocji. spodobały mi się dwa kawałki, w stylu deerhunter. nie dotrwaliśmy do końca koncertu, gdyż zaczął padać deszcz. pozbawieni peleryn musieliśmy się po nie udać na pole namiotowe, w trakcie występu grupy dick4dick. z tego co czytałem po festiwalu, zrobili podobno duże show, więc chyba mamy czego żałować, że nas na nim nie było.



do miasteczka, ubrani już w peleryny, dotarliśmy tuż przed koncertem norweskiego zespołu the low frequency in stereo. z tego co wyczytałem z ulotki, zdobył on już serca wielu fanów. myślę, że i podobnie było w mysłowicach. dla mnie była to jednak tylko przystawka przed głównym daniem, czyli piano magic. koncert zaczął się punktualnie o godzinie 22:15. panowie zagrali utwory ze wszystkich płyt jakie znam. wokalista glen johnson okazał się być zajebiście zabawnym jegomościem, dowcipkując praktycznie w trakcie wszystkich przerw między utworami. wykonanie oraz brzmienie na najwyższym poziomie, takie jakie sobie wyobrażałem. pomimo generalnie melancholijnego stylu jaki prezentuje piano magic, przekazali dużą porcję energii, szczególnie w wielbionym przeze mnie kawałku z tegorocznej płyty, saints preserve us. panowie nie trzymali się ściśle konstrukcji utworów prezentowanych na albumach, pozwalając sobie na improwizacje. numer password z artist’s rifles poznałem dopiero po śpiewie pana johnsona, który to na koniec koncertu zapowiedział, że jeszcze w tym roku będzie okazja ich posłuchać w chorzowie. mam nadzieję, że i tam uda się wybrać. głodni, z obolałymi nogami poszliśmy kupić kiełbasę z grilla. konsumowaliśmy ją na ławkach przed sceną główną w trakcie występu architecture in helsinki. jakimś wielkim fanem ich nie jestem, jednak miło się słuchało wesołej muzyki jaką prezentują.



zmarznięci, przed godziną pierwszą postanowiliśmy ogrzać się na scenie machiny. tam w momencie naszego przybycia rozpoczął się występ duetu pumajaw. na wokalu kobieta (pinkie maclure), koło czterdziestki, z malutką harmonijką w ręku i przepięknym, niskim głosem. na krześle, w cieniu pinkie, otoczony urządzeniami elektronicznymi i z gitarą w ręku, john wills dawał popis swoich umiejętności. muzyka przez nich prezentowana to wg mojego odczucia low-fi psych folk pełen gitarowych i wokalnych loopów. john wydziwiał na gitarze naprawdę niesamowite rzeczy, wydobywając z niej dźwięki przy użyciu bliżej nieokreślonych przedmiotów i ruchów. momentami było bardzo transowo, monotonnie, w klimatach rivulets. w moim odczuciu największe objawienie festiwalu, pozycja godna uwagi i poznania.


po występie pumajaw, został jeszcze tylko jeden koncert, na który bardzo się nastawiłem. mowa o włoskiej formacji port-royal. koncert który zaczął się zgodnie z planem o 2:30, ku memu zaskoczeniu był oparty wyłącznie na klikaniu myszką. trzech panów, trzy laptopy, a za ich plecami wizualizacje. mój wewnętrzny odbiór pozytywny. trochę przeszkadzały zbyt mocne basy tłumiące skutecznie w niektórych utworach tak piękne przecież abientowo-postrockowe rozmyte pejzaże. znacząca część publiczności całe półtorej godziny występu słuchała leżąc na podłodze, co przy prezentowanej przez port-royal muzyce jest pozycją najbardziej stosowną. przed godziną czwartą nad ranem powędrowaliśmy na pole namiotowe..


16 sierpnia 2007

twister

dzisiaj miałem się dobrze wyspać, bo to ostatnia noc w najbliższym czasie, w czasie której była na to okazja. z premedytacją siedziałem do drugiej w nocy, by paść jak mors. zasnąłem niestety dopiero o siódmej nad ranem, kiedy to do pokoju waliły już promienie słoneczne oraz hałas samochodów. pospałem całe cztery godziny...

landing – may
landing – adrienne’s song

raz na kilka miesięcy (ostatnio jakoś w listopadzie, grudniu) zdarza mi się przeżyć niesamowity ból głowy, poprzedzony dziwnym, nieopisywalnym pogorszeniem wzroku. jakby mi było dość wyżej wspomnianych męczarni, to ten dzień musiał nastać akurat dziś. siedziałem przy kompie, grałem w football manager, kiedy to co raz słabiej zacząłem widzieć. zamiast obrazu na ekranie monitora, przed oczami zaczęły mi ,,pływać’’ przezroczyste kształty, które skutecznie uniemożliwiały mi prawidłowe jego odbieranie. chyba to najbardziej zbliżony opis do tego co widzę w tej chwili. tylko kwestią czasu pozostawał zbliżający się ogromny ból głowy i towarzyszące mu mdłości. zapobiegawczo wziąłem pierwszą tabletkę. ze ślivką pojechaliśmy na przedwyjazdowe zakupy do tesco. tam nie wytrzymałem. musiałem wziąć drugą tabletkę. po powrocie do domu myślałem, że mózg rozsadzi mi czaszkę.. na szczęście po dwugodzinnej drzemce, ból osłabł. nie zazdroszczę ludziom, którzy na co dzień przeżywają takie migreny. póki co mam nadzieję, że będę w stanie przetrwać w jaźni cały festiwal.

tim hecker – rainbow blood

mowa oczywiście o off festiwal na który wybieram się dzisiejszej nocy. impreza organizowana przez artura rojka z myslovitz, ma od jutra dopiero swoje drugie wydanie. postanowiłem na nią pojechać już dawno temu, bodajże w maju, nie wiedząc, że wystąpi największa gwiazda festiwalu – piano magic. teraz to głównie dla nich tam jadę, gdyż zobaczenie ich na żywo jest jednym z moim muzycznych marzeń. oprócz tego z zagranicy wystąpią znani mi architecture of helsinki oraz port-royal. z mniej znanych, ale znanych to iliketrains, low frequency in stereo oraz electrelane. z polski również wiele ciekawych kapel, które dane będzie mi w końcu usłyszeć (od razu zaznaczam, że nie rozpływam się w polskiej muzyce!). miło, że zagrają jako zwycięzcy offowego konkursu, george dorn screams. pozdrowienia dla madzi ;) jedziemy w osoby dwie, czyli ja i ślivka. szkoda, że w takim skromnym składzie. może za rok uda się kogoś namówić na dobrą zabawę.

the durutti column – danny
the durutti column – belgian friends

14 sierpnia 2007

the durutti column..

trochę improwizacji..


10 sierpnia 2007

pingwiny to jednak mają śmieszny chód..

dzień jak co dzień, chciałoby się powiedzieć. okres zwolnionego tempa, można rzec – przerwy w wakacjach. przerwy między tatrami, a festiwalem w mysłowicach. czas pożytkowany na dłuugie spanie, pisanie projektu i wieczorne spacery. właśnie to one ładują moje baterie, odpylają mój umysł od obiektów, klas i komponentów. szczególnie wczorajszy był miły, gdyż w poburzowym, chłodniejszym powietrzu. w końcu za oknem nie ma słońca, na termometrze ledwo 20 kresek i co najpiękniejsze, rano była mgła. moja zbyt słaba silna wola nie pozwoliła niestety wyjść na zewnątrz. jutro ma być podobnie, i to deszczu, więc może uda się wyjść na rower, pojechać do lasu...



slowdive – dagger (electric)
slowdive – waves

tego roku, jak w żadnym poprzednim, spędziłem 19 dni w górach. dotychczas jak udało się wybrać dwa razy na dwanaście miesięcy to był cud. jakby mi było tego mało, to zaplanowałem na wrzesień kolejny wyjazd. realizacja dopiero po oddaniu projektu i zdaniu poprawki z teletransmisji. cel wyprawy jednak jak najbardziej precyzyjnie dobrany. zupełnie nowe dla mnie tereny (a takich mało w polskich górach), wyludnione, pozwalające na obcowanie wyłącznie z przyrodą. mowa o górach bialskich i złotych, leżących w kotlinie kłodzkiej. kwaterę planuję znaleźć w lądku zdrój, największej i najbardziej znanej tamtejszej mieścinie położonej w południowej części gór złotych. góry te pokryte są starą puszczą, na szlakach ludzi nie spotyka się przez wiele godzin. prędzej można się natknąć na sarnę lub dzika, niż turystę. idealne miejsce na wyciszenie i odpoczynek przed rozpoczynającym się kolejnym semestrem...

yellow6 - brittle

08 sierpnia 2007

dzisiaj znowu pojechaliśmy na uczelnię, tym razem wyposażeni już w aparat ze statywem. myślałem, że robienie zdjęć pójdzie w miarę szybko. niestety było inaczej. sam budynek 2.1 robiliśmy dwie godziny. zanosi się na ogromną ilość zdjęć oraz zależności między nimi. mam nadzieję, że się nie pogubimy w tym wszystkim i starczy czasu na dokończenie projektu.

william basinski – watermusic ii

po południu wsiadłem ponownie na rower. tym razem pokręciłem na północ, do doliny dolnej wisły. późne słońce cudnie oświetlało okolice powodując, że pola przybrały kolor złoty. najdalej zajechałem do trzęsacza. tam tradycyjnie w połowie podjazdu zatrzymałem się, by podziwiać widok na płynącą w dolinie wisłę. późna pora nie pozwalała mi jednak na dłuższą kontemplecję. była godzina blisko 19., a przede mną jeszcze 30 kilometrów drogi. na szczęście z wiatrem, szybko pomknąłem do domu.

hammock – raising your voice... trying to stop an echo



jestem zmęczony, boli mnie głowa. tradycyjnie w upale źle śpię. liczę na to, że rzekome burze które mają jutro przejść, zredukują temperaturę o parę kresek.

06 sierpnia 2007

______|¯¯¯¯¯¯|______

lenistwu trzeba było w końcu powiedzieć dość. ostatnie dni opiewały w nicnierobienie, czyli dalsze postępowanie wady mojego wzroku wywołane wielogodzinnym ślęczeniem przed monitorem. dzisiejszy poniedziałek miał co nieco zmienić bieg czasu. pojechaliśmy w południe na uczelnię zaopatrzeni w kartki i długopisy, by zacząć poważnie działania projektowe. na początek praca żmudna, niezbyt błyskotliwa. obeszliśmy w dwie godziny wszystkie zakłady, katedry, korytarze gmachu uczelni, wyłączając wydział mechaniczny. tamtejsze labirynty zostawiamy sobie na deser. czas ten spędziliśmy na spisywaniu z drzwi - numerków, tytułów naukowych, imion, nazwisk, nazw sal, zakładów... wszystko co niesie jakąkolwiek informację o danym pomieszczeniu. przechodzący obok ludzie patrzyli się na nas co najmniej w ten deseń o_O. spotkaliśmy błażeja z solca, który dziwił się, że robimy w wakacje projekt. nic nie mówię, że sam był na uczelni w celu zaliczenia swojego... :)

william basinski – variations for piano and tape: pantelleria

powoli zaczynam odczuwać niedosyt w muzyce którą posiadam. wszystko nowe co zdobywam, albo jest wydawane wydaje mi się być wtórne. nic nowego, świeżego. nic, przy czym bym po swojemu pierdolnął. strach się przyznać, ale nie pamiętam kiedy ostatni raz to zrobiłem. próbuję odskrobać...chyba przy durutti column. eh... stanowczo za dawno.

stars of the lid – requiem for dying mothers part 1
stars of the lid - mullholland
marsen jules - coeur saignant

dlatego też, wziąłem się za odkrywanie w sobie nowych pokładów potrzeb muzycznych. ostatnimi czasy w mojej playliście często wita formacja stars of the lid. jeszcze pół roku temu wyłączałem ich utwory po trzech minutach. wydawały się nudne jak sprinty ślimaków. potwierdziła się jednak moja stara prawdziwa prawda mówiąca, że najlepszą muzykę odkrywa się po upływie dłuższego czasu, po czasie dowolności wobec niej, wręcz niechęci. twórczość duetu o którym mowa, zachęciła mnie do odkrywania czegoś co nazywa się contemporary classical, czyli współczesnej muzyki klasycznej. póki co raczkuję. mam nadzieję, że ta ciekawa podróż potrwa jak najdłużej i zaowocuje wieloma uniesieniami i spadniętymi kapciami. a propos kapcie to mi mogą teraz spadać w lepszych warunkach, gdyż kupiłem dzisiaj nowy fotel. od popołudnia, kiedy to go złożyłem, nic tylko się bujam...

04 sierpnia 2007

tiefe berge

niespełna miesiąc przerwy.. pomyślałem - dosyć tego! w końcu muszę wyjść na rower. słonecznie, temperatura idealna, trochę mocny wiatr. do koszyków dwie butelki: jedna z czystą wodą, druga z coca colą. w torbie pod siodełkiem tradycyjny zestaw: zapasowa dętka, łyżki do opon, legitymacja studencka, aparat i baton. tak wyposażony równo w południe ruszyłem na szosy. początkowo przez miasto. mimo soboty duży ruch. byłem nieco podirytowany dziurami na drogach. dziw, że moje oponki wytrzymują jazdę w takich warunkach. w końcu wyjechałem z blokowisk do lasu. obwodnicą, niby pod wiatr, ale przyjemnie. drzewa osłaniają mnie od jego mocy. dalej wpadłem na szosę do piły. a tam: podjazd, zjazd, podjazd, zjazd, podjazd... na jednym z nich zatrzymuję się. patrzę dookoła i myślę. ‘kurwa, ale pięknie!’ na polach, albo kostki siana, albo pnąca się na dwa metry kukurydza, albo soczyście zielona trawa. na co drugim słupie, kominie gniazdo bocianie ze swoimi mieszkańcami. robię fotę jednemu. zjeżdżam w końcu z ruchliwej szosy na wioski. tam idylla, calme. w ciągu godziny minęło mnie nie więcej niż dziesięć aut. dmuchający w twarz wiatr, pomimo drogi pnącej się ku górze nie zakłóca mojej euforii spowodowanej otoczeniem. po chwili zakręt 180 stopni. od tego momentu praktycznie nie pedałuję, gdyż pęd powietrza robi to za mnie. delektuję się tym co mnie otacza, piękną polską wsią. uwielbiam okolice sicienka, wojnowa. dużo asfaltów, minimalny ruch, dookoła same pola, często pofałdowane, z wciśniętymi w dolinkach stawami. w drodze do domu wstąpiłem na działkę. w sumie prawie 65 km.



emil klotzsch – sctl12

wieczorem przychodzi olis. oznaczać to może tylko jedno...pes night...

03 sierpnia 2007

kepasa

ostatnie dni miały bardzo podobny przebieg. rano spałem długo, potem długo się budziłem, przy komputerze przeglądając cały czas te same strony, blogi, fora... generalnie norma. codziennie, mimo wakacji, wypijam po śniadaniu kawę. mama mówi, że to nic nie szkodzi, że nawet zdrowo. średnio się z tym zgadzam, gdyż można chyba po cichu mówić o małym nałogu. nie wyobrażam sobie poranka bez smaku i zapachu kawy. w ostatniej notce wspomniałem o czyhającym na nas projekcie. póki co, nadal jest to okres czyhania, gdyż staram się robić wszystko inne, niż pisanie kodu. zapewne skutecznie przeszkadzać mi w tym będzie ściągnięty wczoraj football manager 2007. jest to gra która potrafi wyciągnąć z życia okres, nawet, miesiąca czasu. w związku z pobytem na słowacji zabrałem się za prowadzenie jednej z tamtejszych drużyn, banska bystrzyca. producenci fm, tak rozbudowali opcje gry, że zanim się rozpocznie sezon, należy kilka dni posiedzieć, aby odpowiednio przygotować do niego drużynę. nie to co kiedyś, gdy z olisem robiliśmy pół sezonu w ciągu dnia. skoro już o tym mowa, to może olis jutro jakiś pesik zrobimy??

epic45 – (re) sculpted by winter
soul whirling somewhere – the great barrier

wczorajszy oraz wtorkowy wieczór spędziłem poza domem, ze znajomymi. ostatniego dnia sierpnia wybraliśmy się do koronowa w celu nawiedzenia fileta, w składzie: ślivka, przedwoj, ja. w końcu pokazaliśmy chłopakom umbilicali, potem halamę oraz różne filmiki na youtubie. wszystko to skutecznie zajęło czas tak, by przedwoj nie zaczął puszczać swoich koncertów :) gdy przed północą staliśmy przed bramą domu fileta, by jechać do domu okazało się, że za moment ma wpaść łukasz. postanowiliśmy poczekać, gdyż wyjeżdża on za dwa tygodnie na wymianę do szwecji. w kuchni postraszyliśmy papugę-maćka, zjedliśmy rabinkowe parówki serem owinięte, obgadaliśmy wszystkie transfery piłkarskie oraz festiwale muzyczne w polsce. po drodze do domu mieliśmy szanse na trzy kolizje: z rodzinką kotów, dzikiem oraz jakimś kolesiem w czerwonym aucie. na szczęście płynące eluvium z głośników, nie zmuliło ślivki na tyle, by do jakiejkolwiek doszło.



wczoraj na dworcowej, u romy odbyło się grillowanie. tym razem do jedzenia oprócz kiełbas było znacznie więcej mięsiwa, które od dłuższego czasu już za mną chodziło. dawno się nie najadłem jak wczoraj. grillowaliśmy w dziewiątkę. niby było trochę osób nam nieznanych, jednak jak później się okazało, każda z nich przewinęła się już wcześniej w naszym życiu. gdyby jedną relację między dwoma osobami oznaczyć nitką, uplątała by się z tego spora pajęczyna. w związku z tym główna tematyka spotkania krążyła wokół czasów zaprzeszłych, czyli podstawówkowych oraz licealnych. wszystko okraszane kawałami damiana, skinnera i lewego. generalnie było bardzo sympatycznie. dzięki za zaproszenie!