31 stycznia 2007

i jest okazja by coś napisać. i co z tego, że jest jak nie wiem co napisać. sesja trwa, nic nadzwyczajnego poza nią się nie dzieje. wczoraj na układach odpowiedziałem na trzy z czterech pytań, co daje mi jakieś nadzieje na zaliczenie. jak nie zaliczę naprawdę się wkurzę, ponieważ liczę na chociaż kilkudniowe ferie. chciałbym mieć czas na nierobienie niczego, czyli na to co tak naprawdę lubię robić. słuchać i słuchać muzyki, chodzić gdziekolwiek, robić zwykłe zdjęcia. żeby tylko pogoda dopisała. może pojedziemy gdzieś pociągiem?

july skies – southern skies

pojutrze egzamin z maty dyskretnej. jakoś nie ciągnie mnie do nauki, ani nie mam żadnych obaw. nie czuję tego egzaminu zapewne przez to jaką atmosferę wytwarza prowadzący przedmiot. gorzej będzie później. nauczyć się dwusemestralnego materiału z tk w ciągu niespełna pięciu dni to będzie zapewne największe wyzwanie w tym semestrze. już za tydzień będzie po wszystkim. mam nadzieję...

beef terminal – how we ended up under the weels

dzisiaj śpię bez mojego jaśka. czy ja tak potrafię? 

27 stycznia 2007

es e es jot a

znowu w domu tylko na trzy godzinki. kąpiel, czyste rzeczy, książki, jakieś jedzenie i sio. nie ma mnie tu.
z dotychczasowych zaliczeń jestem megazadowolony. z fizyki udało się wyciągnąć 4-. wczoraj na sieciach nie starczyło czasu by odpowiedzieć kompletnie na wszystkie pytania, a to dlatego, że pytania zajebiście podeszły. warto było się uczyć. wielka buśka za notatki :*** byłem w ogromnej mniejszości, która nie ściągała. dumny i usatysfakcjonowany z tego co napisałem. jak nie zdam, to będzie wielkie o_O.
we wtorek egzamin z wojtyny. materiału jak się okazało nie ma aż tak dużo. wczoraj poczytaliśmy trochę o filtrach. póki co większość zagadnień zrozumiała. przydałby się jeden dzień więcej nauki, ponieważ znowu wszystko będzie na ostatnią chwilę, zapewne bez powtórek. mimo wszystko jestem dobrej myśli.

barzin – leaving time


24 stycznia 2007

jak mi się nie chce!

sesja.
zaliczenie z lab z fizyki na 4,5. zajebiście usatysfakcjonowany.
zaliczenia: jutro - fiza wykład, pojutrze - seci wykład. od poniedziałku już "tylko" egzaminy.

śnieg właśnie zaczął padać.

 

wracam do nauki.

murcof - cielo

21 stycznia 2007

murcof

wieczór zaczął się wyprawą do tesko po zaopatrzenie. jak się okazało tesko nie lubi wina marki sofia, więc kupno tegoż trunku odłożyłem w bliżej nieokreślony czas. podróż do torunia była dla mnie istną męką. ciągła obawa: a może w to drzewo?? w końcu po trzech kwadransach i małym błądzeniu dotarliśmy pod klub. odebraliśmy bilety od borosia po czym znaleźliśmy się z wawą. dużo by mówić co było do czasu koncertu. żem człowiek leniwy akurat w tym momencie, to powiem tylko, że był to czas miliona pytań oraz rozpracowania wina i dżinu. a wszystko z dziwnym uczuciem jakbyśmy się znali od dobrych kilku lat. tematyka: dużo o muzyce, trochę o studiach, trochę każdy o sobie, trochę o niczym.
support nie zrobił na mnie większego wrażenia. dźwięki autechropodobne. ciekawsze od nich były wizualizacje. tuż przed murcofem zgodnie z planem poszliśmy wykończyć co nam w butelkach zostało. do klubu weszliśmy o 00:25 i jak się okazało, bohater wieczoru stał już przy swoim laptopie. wcisnęliśmy się miedzy ludzi i odjaaazd. koleś zaczął niesamowicie, nie po swojemu. coś na styl numeru otwierającego prazision. potem to już bajka. nie było mnie przez cały występ. totalny odjazd. przeszyty na wskroś najdrobniejszymi dźwiękami. i najpiękniejsze, że nie sam w tym wszystkim...
występ trwał tylko godzinę co mnie i myślę, że większość ludzi tam zgromadzonych rozczarowało. czuję również mały niedosyt z braku jakiegokolwiek utworu z remembranzy. było za to dużo nowego materiału, który ma wyjść podobno już w maju. czekam z niecierpliwością. murcof jest po prostu niesamowity. cały czas robi postępy, nie stoi w miejscu... 














liczę na to, że to nie było nasze ostatnie spotkanie ;)

19 stycznia 2007

pojechałem na uczelnię, spicza nauczony. gałgańskiej nie było. no i po co. zecha nie było. no i po co po co. rh na uszy. w dziewięćcztery była piękna dziewczyna, ale musiałem wysiąść. w sześćpięć koleś ponad dwumetrowy patrzał na wszystkich z góry. wokół wszyscy gadają i się uśmiechają. ja też się uśmiecham. let down. idę na przystanek sześćosiem. za 10 minut. tak nie wolno. climbing up the walls. idę pod słońce. idę pod wiatr. razi mnie mokry chodnik. wiatr we włosach. śpiewam pod nosem. na moście wieje jeszcze mocniej. na niebie chmury pędzą jak ludzie wokoło. ja się nie spieszę. zachmurzyło się. lucky. idę schodami do góry. nie chcę żeby się kończyły. wyprzedzam dziadka. skończyły się. the tourist. jestem w domu. 

18 stycznia 2007

ytaueoytafdsas

dzisiaj zrobione:
- ograniczniki amplitudy
- naumiany spicz z angola
- sprawozdanie z fizyki
- zarys referatu na teletransmisje: dwdm.


dziwnie. nie chcę z nikim gadać. dziwnie. chcę być sam. dziwnie. pochmurno.

beef terminal – nervosa



beef terminal – the isolationist (part 1) 

17 stycznia 2007

pochmurno

tak wiele do napisania. tak niewiele mogę napisać. przewinąć taśmę z czasem o kilka miesięcy. wtedy powinno być lżej.

eau claire - soaring

ostatnio bardzo muzycznie. panują głównie doły, smuty i melancholia. gitary z efektami, ambienty. w sobotę murcof w toruniu. nie mogę się doczekać. wypiję wino i odpłynę...

 epic45 - i'm getting too young for this

biorę się za sprawozdania. widzę, że w kuchni w koszyku leżą mandarynki. mniam...

15 stycznia 2007

dobry na początek

pierwsze zaliczenie za nami. opłacało się siedzieć nad grafami ostatnie trzy dni. zaliczone na 4. nie dało rady więcej, ponieważ rozwalił mnie kopiec. najważniejsze, że z głowy. stwierdziliśmy, że nie powinno być tak źle w trakcie tej sesji jeśli chodzi o brak czasu. wręcz zajebiście, że wpis z projektowania komputerowego za darmo. jakby nie patrzeć zostały trzy przedmioty ,,ciężkiego kalibru’’ do zaliczenia, mianowicie: sieci, układy i teka. będzie dobrze. jak najszybciej skończyć tę sesję ;)

landing – coming down
landing – coming down
landing – coming down


tak ciepło.



ciepło również na dworze. przyroda wariuje. 


11 stycznia 2007

no jedenesty styczeń dwa tysiące siedem

dzisiaj były ostatnie wyfy w moim życiu i z pewnością w większości z nas. jednak nie wywołało to u nikogo najmniejszego entuzjazmu i chęci wykorzystania czasu, ponieważ takiej zamuły to jeszcze w tym semestrze nie było. ciężko było komukolwiek ruszyć ręką w kierunku piłki. w domu mały fryzjer w celu podcięcia kłaków, po którym pojechałem na uczelnię.
tym razem bez obiadku. przed wykładem dużo śmiechu i zboczonych tekstów, zachowań, itp. zresztą jak zawsze z kordzikiem, zabawnie. na wykładzie masa prezentacji i prezentujących. przecież wiadomo, że wszystko na ostatnią chwilę... z mojej strony zlewka na ten przedmiot. nie ma co się stresować przed ludźmi. nie dla mnie takie akcje.
wieczorkiem przepiszę spicza na kompa, za którego bardzo dziękuję, i postaram się go wkuć. bardzo miły dzień. szkoda, że z zaistniałym totalnym nieporozumieniem. smutne jak ktoś źle odbierze moje zachowanie, szczególnie w taki sposób, że jest to dla niego przykre, a w rzeczywistości nic takiego nie miałem na myśli.

landing - transported 

09 stycznia 2007

co by tu...

dzisiejszy dzień był megasenny. na wojtynie myślałem, że odjadę. na zechu trochę lepiej. może dlatego, że się udzielałem w dyskusji. laby z układów szybko i sprawnie przeprowadzone. ocenione na 5-, bo przecież pulsacja była a nie częstotliwość. potem tradycyjnie poszliśmy na stołówkę, gdzie wydałem 7 zyli. do lab z fizy zostało pół godziny, więc walnęliśmy leżajsk na dywanie. po pół godzinie okazało się, że nie ma lab z fizy. no i po co było tyle czekać??? po co wydawać 7 zyli ??? haha! rozkleiłem dwa złote i kupiłem kolę :)
w domu była opcja pouczyć się z mikrokontrolera o licznikach, jednak brak koła nie bardzo mnie mobilizuje do pracy w tym kierunku. była również opcja zgłębiać teorię grafów, ale doć moja teoria jest aktualnie w solcu. eh.



this is your captain speaking – 6pm


tak ciepło. tak dziwnie.

07 stycznia 2007

'do roboty!' mode

no i zaczęło się. od wczoraj nic innego tylko sprawozdania i sprawozdania. notkę piszę w ramach przerwy i odpoczynku. wczoraj rano dokończyłem fizykę, po czym wziąłem się za ue. temat: układy całkujące i różniczkujące. doć kuźwa najgorsze sprawozdanie z jakim się spotkałem. siedziałem cztery godziny wyprowadzając analityczne charakterystyki. gówno mi to dało. nie wiedziałem jak dalej pociągnąć obliczenia. w końcu się wkurzyłem, odstawiłem wszystko na bok i ległem przed telewizor. po dwóch godzinach nerwy zeszły, siadłem ponownie do pracy i zrobiłem, jak wszyscy na roku, na podstawie gotowców z zeszłych lat. dodam, że nienawidzę tak robić.

william basinski – d|p 6

dzisiaj od rana ciąg dalszy układów. trzeci punkt opracowania i wnioski. musiałem się ruszyć z domu na chwilę, więc poszedłem do sylwii zanieść co trzeba. potem tesko, kościół, ‘bre i złe’. obejrzałem ostatnie dwadzieścia skoków. tylko dwadzieścia. kiedyś byłoby to nie do pomyślenia. no ale to było kiedyś... w ciągu pół godziny miałem z dziesięć telefonów. najlepsze było to, że komórka ładowała się w kuchni, więc musiałem co chwila tam biec. o osiemnastej siadłem do tk. siedzę nad tym do teraz z małą przerwą na kąpiel. posiedzę jeszcze do końca wieczoru.

labradford – wr

tak więc plan na łikend nie wyrobiony do końca. nie ma mianowicie zrobionej symulacji na układy i angola. od jutra pociskam z irkiem. tak przez cały tydzień.

amp – you are here

wracam do kranky. 

05 stycznia 2007

taki mój...

dzisiaj wybitnie nie chciało mi się wstać. gdyby nie kolokwium, zapewne tak wcześnie bym tego nie zrobił. brać studencka nie bardzo przejęła się porannym wydarzeniem. jeszcze mniej przejął się sam zech który stwierdził, że celem koła jest: istota policzenia zadań, niż robienia czegoś innego w tym czasie. było ich 10. zrobiłem 8, więc jestem pozytywnie nastawiony. na angolu myślałem, że zniosę jajka z nudów. wykręcało mnie na wszystkie strony. ogólnie męka.

murcof – camino

nie pamiętam kiedy byłem tak śpiący i zmęczony jak dzisiaj. pewnie skutek wstawania wcześnie rano po dwutygodniowej przerwie. praktycznie całe popołudnie przespane, tudzież przeleżane. wieczorem zachciało mi się czipsów, więc powędrowałem do tesko. wróciłem również na pieszo. dzisiaj towarzyszył mi d|p 3 basinskiego. byłem w swoim świecie. w świecie, tylko dla mnie. w świecie, w którym tylko ja się dobrze czuje, i tylko ja go rozumiem. dobrze mieć taki swój własny świat. zawsze można się do niego udać jak nie jest fajnie w rzeczywistości.

eluvium – new animals from the air

04 stycznia 2007

calmness

ostatnie dni to totalny zastój. nic nie robienie, albo robienie pierdół. cisza przed burzą, która zacznie się od 15stego stycznia. wówczas zaliczenia, odpytki, sesja. jutro odkładane w nieskończoność kolokwium z dyskretnej. przestałem już się nim totalnie przejmować. godzinkę posiedzę, przypomnę co liczyłem trzy tygodnie temu.

epic45 – (re) sculpted by winter

w życiu zapewne też cisza przed burzą. po tej sesji może się zdarzyć wszystko. ponoć w noc sylwestrową chciałem przejść na czerwonym świetle...
pogoda którą tak lubię, na prawdę zaczyna mnie nużyć. od miesiąca ze cztery razy wyjrzało słońce. brakuje jego promieni. brakuje światła. póki co nisko wiszące, szare i ponure chmury.

piano magic – snowfall soon

przecież art of fighting grają pozytywną i wesołą muzykę... czy może po prostu słucham już samej melancholii i smutów, że mi się odczucia pojebały. pewnie tak.



wczoraj rok. 

02 stycznia 2007

się witało

w sylwka pobudka wyjątkowo wcześnie, bowiem już o 8:30. po dziesiątej byłem u bladego, który tradycyjnie było dopiero wstanięty. pół godziny później wpadł dzik i pojechaliśmy na gdańsk. po drodze wiało tak mocno, że ręce dzika drżały na kierownicy, a samochód rzucało na boki. na drodze co kilkaset metrów połamane gałęzie. do akademików dotarliśmy koło trzynastej, obczaiłem jak mieszkają, poznałem migacza i pojechaliśmy na zakupy do kerfura. kolejki w alkoholowym końca nie było widać, natomiast przy kasach zero czekania. był plan pojechać z dzikiem nad morze obczaić sztorm, jednak wynikło że mało czasu, więc bałtyku nie zobaczyłem. wróciliśmy do akademców, zjedliśmy ryża i zapodaliśmy leżajsk. blady poszedł na wrzeszcz po swoją es, więc ja zapodałem kimę.
o dwudziestej w z bladym, es i migaczem poszliśmy już na stancję, gdzie mieliśmy spędzić resztę wieczoru. na miejscu okazał się być tchó z dziewczyną. siedliśmy przy stole, po kilkudziesięciu minutach przyjechał niejaki kutta z wymiany francuskiej. migacz poszedł po dziewczynę i że tak powiem od tego momentu charakterystyka poszła w dół. na szczęście po krótkim czasie wpadł dzik z didżejem steffem i jego dziewczyną. zaczęły się zwały i picie. picie które znowu było na styl kordzikowego. po drinkach didżeja steffa to już nie pamiętam co piłem. w między czasie przybył migacz ze swą gerl. jednak to nie był już ten migacz. to był migacz, na styl czasembulina. przed dwunastą wyszliśmy gdzieś na jakiś plac. w sumie to nie wiem co się działo, bo nie pamiętam za wiele. resztę sylwestra znam z opowiadań :)
miałem wracać do bydzi o osobowym o 10:30, jednak nie było opcji wstać tak wcześnie. nowy rok stał pod znakiem jednego wielkiego megakaca. cały dzień przeleżany i przestękany. pociąg o 16:51, więc mówię blademu przed szesnastą, żeby zaprowadził mnie na przystanek, bym dojechał do dworca. dojechałem do dworca i tu mały zonk, bo dworzec jakiś mały. pytam się ludzi co to za stacja. oni, że wrzeszcz. a ja na to: ‘o żesz...’. doć mój pociąg zaczyna na głównym, do odjazdu zostało 15 minut, a na główny z lacza jedna godzina. wpadłem więc do pierwszego pośpiecha który przyjechał i podjechałem na główny. tam jeszcze większy zonk, godzina 16:47, a ja nie wiem który peron, nie ma nigdzie rozkładu jazdy, na tablicach elektronicznych ani mru mru o moim pociągu. no chujowo myślę. pytam się ludzi gdzie jest główny hol z kasami i rozkładem jazdy. oni, że „do końca korytarza i w prawo”. no to ja tam biegnę, schodami do góry i wybiegam na miasto. kurwa! tamże pytam się ludzi o to samo. oni, że „do końca korytarza i w lewo”. no to ja tam biegnę, schodami do góry i wybiegam na miasto. kurwa mać! w akcie desperacji jeszcze raz lookam po tablicach elektronicznych. na żadnej nie widzę ‘inowrocław 16:51’. dobiegam do ostatniej, a na niej nic. patrzę niżej, jakieś żółte literki: ‘ inowrocław 16:51’. patrzę na zegarek. 16:53 :/ wybiegam na peron. ciaponga nie ma. myślę chujnia. pytam się kolesia co stoi obok, czy ten do inowrocławia pojechał. on mi, że jeszcze nie przyjechał. okazało się, że 25 minut opóźniony, i że jedzie z gdyni, czyli spokojnie we wrzeszczu bym do niego wsiadł.
w końcu przyjechał, wsiadłem do niego, a tam ciemno. oczywiście biletu nie miałem, bo nie zdążyłem kupić. zresztą nie wiedziałem gdzie, bo gdańsk ma najbardziej zamieszany dworzec w polsce. poszedłem więc do konduktorki. ona że mam wygodnie usiąść, bo nie wiadomo czy dojedziemy do tczewa. no to ja oczy i zrobiłem co powiedziała. z tczewa pociąg ruszył, więc znowu do konduktorki, że nie mam biletu i czy dojedziemy. ona na to, że dojedziemy do bydgoszczy, i że mogę jechać bez biletu, ponieważ dzisiaj za darmo z okazji tego, iż pociąg bez światła i ogrzewania. no to mówię zajebiście, powrót za darmo. pociąg mega rozjebany, bo nawet drzwi się pozacinały między wagonami. gdzieś za warlubiem natknął się na mnie kolega owsiak z roku, więc resztę podróży przegadaliśmy. niby fajnie, że za darmo, ale nie pamiętam kiedy tak zmarzłem. w domu obejrzałem foresta i poszedłem spać.